Wpisy użytkownika nomadka z dnia 15 marca 2014

Liczba wpisów: 1

gina02
 
Telefon zaskoczył mnie bardzo.

Mówi Ula – usłyszałam. Która Ula? – przemknęła błyskawiczna myśl.
- Umarła nam Beata – chcemy się spotkać 21 marca, żeby powspominać. W Impresji. Będziesz? –

Beata…

Chodziłam do renomowanego liceum w N.S. i chyba najbardziej znienawidzonego przez wielu uczniów. W szkole panował wojskowy dryl, wyśrubowana dyscyplina granicząca z absurdem. Teraz szkoła nadal cieszy się dobrą opinią, choć uczniowie nie noszą mundurków, mają włosy w kolorach tęczy, barwne paznokcie, noszą biżuterię, a dziewczęta mogą ubierać opinające pupę jeansy i malować rzęsy. Pod szkołą stoją samochody – gadżety warte wiele tysięcy złotych. Po mojej szkole pozostały fasady budynków, dumna nazwa i pewnie jeszcze niektórzy nauczyciele. Ale nie o tym chciałam pisać, taki duży nawias utworzyłam.

Moja klasa składała się z samych dziewcząt, dopiero po drugim roku dokooptowano nam kilku kolegów. Żeńska klasa stała się prawdziwym koszmarem dzięki wyjątkowo głupiutkiej, młodej nauczycielce, która została naszą wychowawczynią. Nie będę o tym opowiadać, dość, że po maturze balu nie było, zresztą na wyraźne życzenie uczennic, a my wszystkie przyrzekłyśmy sobie nigdy więcej nie oglądać swoich twarzy.
Minęło trochę czasu. Zbliżała się okrągła rocznica egzaminu dojrzałości, nie pamiętałam o tym wcale i wtedy – tak, jak i teraz – zadzwoniła Ula!
- Chcemy zorganizować spotkanie po latach, co ty na to?
Oniemiałam. My?! Spotkanie?!

Kilka tygodni później mszą św. rozpoczęłyśmy spotkanie na które przyjechały wspaniałe - z różnych stron świata - zrealizowane kobiety, z tytułami i nie, zupełnie w niczym nie przypominające tamtych zbuntowanych nastolatek. Dalszy ciąg spotkania z nauczycielami miał miejsce w szkole, a potem bawiłyśmy się do rana w wynajętej sali…
- Jest w was taka naturalna radość! Niesamowita klasa… - powiedział na pożegnanie profesor, którego bardzo kochałyśmy, choć uczył absolutnie nielubianego przedmiotu.

Chcę wrócić do Beaty. Była późnym dzieckiem powstańca warszawskiego, członka AK /aresztowanego po wojnie – jej ojciec przeszedł piekło kilkunastoletnie w więzieniach UB, zanim Beata przyszła na świat/, była dziewczynką drobną i nieśmiałą. Dzisiaj już nie pamiętam, czy nie podeszła, czy też nie zdała matury. Znalazła pracę w księgarni, co było bardzo na rękę jej klasowym koleżankom… Była osobą samotną, jej rodzice wcześnie zmarli.

Kilka tygodni po wariackiej imprezie, któraś z koleżanek zadzwoniła, z informacją, że trzeba pomóc Beacie, bo znalazła się w potężnych tarapatach finansowych, przez kogoś, kto w nieuczciwy sposób wykorzystał jej naiwność. Podżyrowała pożyczkę na dużą kwotę, a osoba pożyczająca postanowiła jej nie spłacać.

Dzisiaj uśmiecham się na myśl o tym, jaką ewolucję przeszłyśmy wszystkie…

Beata zmarła na chorobę nowotworową. Były z nią  koleżanki.

Od owego pierwszego spotkania po latach, postanowiły utrzymać ze sobą kontakt, spotykać się każdego roku, a co pięć lat robić dużą imprezę we własnym gronie.
Niestety zwykle proponowane terminy spotkań nie były dla mnie korzystne, teraz też będę uzależniona od samopoczucia taty, ale chcę być z tymi, których miałam już nigdy więcej nie oglądać. :)

Może opowiem też o Mańci, która pewnie świętą została, choć klęła jak szewc, sprawiała problemy i nie omijała wysoko procentowych napoi już w liceum. Była pierwszą z nas, którą wcześnie zabrała śmierć…