Wpisy użytkownika nomadka z dnia 9 stycznia 2014

Liczba wpisów: 2

gina02
 
Trzeba mi powrotu do siebie samej, odrobiny szaleństwa, przygody i ryzyka, marzeń i doświadczeń. Smaku i smagania wiatru, oczu zachwyconych bezbrzeżnie…

Nie lubię życia o smaku budyniu. Ciepłego i nijakiego, miałkiego… W każdej jego chwili szukam  innej, głębszej treści, bo wciąż tęsknię, marzę i pragnę. Nie zazdroszczę egzystencji sytej i bezbarwnej, wygód i dobrobytu, ludziom którzy już nie szukają, nie pragną i nie marzą. Konsumują jedynie.

Znowu czuję niepokój…

Nie chcę poddać się rutynie, spowszednieniu, bo do szaleństwa lubię chodzić ośnieżonymi połaciami, po których jeszcze nikt nie chodził, dzikimi ścieżkami. Chcę przenieść to - i przenoszę - na życie, na codzienność pokrytą szarym kurzem, na obowiązki i powinności, odnaleźć smak w tym co zwyczajne, nie rezygnując z pasji, którą jest samo życie.

Gdzieś wciąż jest błękitne niebo, oślepiająco biały śnieg, jest wiatr, który smaga do bólu… Jest walka ze słabością… Zmaganie z lękiem i pokora, której uczy doświadczenie… Jest też i tu, gdzie jestem teraz, w codziennej zwyczajności, jeśli tylko zechcę i potrafię je dostrzec. :)

Uczę się tego, każdego dnia od nowa.

Jesienny Pan czeka na mój powrót. Plany i marzenia, pragnienia, odkładam na czas, który kiedyś nadejdzie.

Wiem, że wyruszę jeszcze tam, dokąd dusza rwie się w każdej minucie…

Obiecałam Antkowi…
  • awatar Louve: Tak trzeba:-) www.youtube.com/watch?v=YZlILiL0N6U
  • awatar nomadka: @Louve: "Nie medytuje" :), uśmiechnęłam się, bo Antek ostatnio wytłumaczył mi jak prostą sprawą jest medytacja. Według niego: wystarczy usiąść, skrzyżować nogi, złożyć ręce, zamknąć oczy i zacząć wydawać z siebie dźwięk na jednym poziomie...Ot, jakie to proste! ;)
  • awatar Louve: @nomadka: ja też tak do tego podchodzę:-) aczkolwiek unikam medytacji, bo wolę poczytać, albo poleżeć :-d
Pokaż wszystkie (5) ›
 

gina02
 
Fotografie w kolorze sepii i czerni z bielą, w odcieniach szarości przedstawiały nieznany mi świat. Lubiłam go. Piękne limuzyny, sanie z damami w kapeluszach, parady wojskowe, jakieś wydarzenia historyczne. Twarze piękne, uśmiechnięte, smutne. Portrety dzieci, dworek…  Czas, jakiego nie doświadczyłam.
Czas, zatrzymany w starym albumie oprawionym w skórę.

Woziłam go ze sobą zmieniając miejsca zamieszkania. Nie umiałam się z nim rozstać. Wiedziałam od babci do kogo należał, znałam trochę historię życia właścicielki. Trudną historię. Ją samą również pamiętałam jako uśmiechniętą, wiekową panią, którą opiekowała się babcia Julia. Panią chorą na chorobę pamięci, w której jednak zapisało się imię miłości: Dionizy. Bo na powrót Dyzia czekała do końca swoich dni.  
On, nigdy nie wrócił.
Ona, o Katyniu nie słyszała.
Jej córka Helena, żołnierz AK, zginęła w Oświęcimiu, podobno miała dzieci… Tylko jak je odnaleźć, nie wiedziałam.

I tu nastąpi reszta opowieści. Dla mnie samej zaskakującej. Pomogła wyszukiwarka internetowa, w której napisałam nazwisko pani Zofii i nietypowe przecież imię jej zaginionego męża, lekarza wojskowego. Oniemiałam, gdy zostałam odesłana do artykułu, w którym znalazłam informację, że w samolocie prezydenckim, który rozbił się pod Smoleńskiem, zginął działacz z Rodzin Katyńskich. Pan ten wiózł do Katynia szarfę dla swojego ojca, stryja i dla dziadka żony, którym okazał się być poszukiwany przeze mnie pan Dionizy! Stąd już niedługa była droga do odnalezienia wnuczki i spadkobierczyni posiadanego przeze mnie albumu. Odesłałam go z radością do właścicielki, która ze łzami powiedziała, że niewiele wie o swojej mamie, o babci też… Nie zna historii swojej rodziny, bo zło, którego doświadczyła ona sama i jej dwaj bracia /zmarli zanim album wrócił/, pozbawiło ją korzeni...

Album wkrótce trafił do Kanady, gdzie mieszkają prawnuczki pani Zofii /jedna z nich jest niezwykle podobna do prababci/, wtedy, gdy sadzono tam dęba pamięci poświęconego, miedzy innymi, osobie pana Dionizego!

A ja? Obiecałam odnaleźć osoby, które jeszcze mogą pamiętać żonę zaginionego oficera, Zofię K., która nie pozostała bierna, ale po wkroczeniu wrogiej armii, czynnie włączyła się w ruch oporu, organizując między innymi /wraz z hrabiankami Stadnickimi z Nawojowej/ szkolenia sanitarne. Matka i córka /również żona oficera, matka trójki małych dzieci/, zostały aresztowane, znalazły się w krakowskim areszcie Gestapo, a resztę już znacie…
 
Ot, taka sobie prawdziwa historia.

Dzisiaj pomyślałam, że powinnam się spieszyć...
  • awatar Louve: bardzo ciekawe... czekam na dalszy ciąg...
  • awatar nomadka: @Louve: Mam nadzieję, że dowiem się czegoś więcej, namierzyłam osobę prawie 90 letnią, która podczas wojny miała kontakt z osobami o których piszę. Pozostaje pytanie: ile pamięta z tamtych lat... Chcę się z nią umówić na spotkanie, czy zechce? To pytanie również na razie pozostaje bez odpowiedzi. Chciałabym pomóc pani Ewie /którą znam jedynie z fotografii w prasie/, pomóc odnaleźć ograbione przez wojnę dzieciństwo. Trzymaj kciuki, proszę! :)
  • awatar Parole: liczę, że podzielisz się z nami wiedzą, którą odnajdziesz. też będę trzymała kciuki.:)
Pokaż wszystkie (12) ›