Wpisy użytkownika nomadka z dnia 8 lutego 2011

Liczba wpisów: 2

gina02
 
Sio, wiecznie radosne, energiczne dziecko zawsze było blisko ukochanej mamy. Wszędzie, w kuchni, w pracy jej towarzyszyła i, co więcej, wkrótce stała się bardzo pomocna. Bez bólu nauczyła się też wszystkiego… Ze mną było zupełnie inaczej. Byłam ulubienicą przybranej babci, żyłam w całkowicie innym świcie. Pięknym świecie, w krainie bajkowej ułudy. Uciekałam od mamy, kuchni, obowiązków do marzeń w ukochane miejsce, na balkonie osłoniętym od świata dzikim, gęstym winem… Nie nauczyłam się też niczego.

W czasie edukacji, spędzanym poza domem, mieszałam w wynajętym mieszkaniu, oczywiście – razem z Sio, która dbała o to, bym nie zagłodziła się zupełnie… Jej opiekuńczość, pod tym względem, w stosunku do mnie, nigdy nie wygasła. Zamieniła się na różne smakołyki, które Sio przygotowywała, kiedy przyjeżdżałam, a nawet wysyłała je do mnie autobusem! Wiedziała czym może sprawić mi przyjemność.
- Posłałam troszkę rzeczy, odbierz wieczorem paczuszkę… - „paczuszka” okazywała się być ogromną torbą turystyczną ważącą wiele, wiele kilogramów…

Sio, pamiętała moje liczne wpadki kulinarne, z uśmiechem wypominała mi piękne gołąbki, które dla niej przygotowałam, do których, oczywiście zapomniałam dodać ryżu… Byłam bardzo zdziwiona ich konsystencją, smakiem, mniej… Pamiętała i inne podobne historie. Na szczęście nie miała okazji skosztować tortu, który przypadkiem - zamiast spirytusu - naponczowałam wodą kolońską… Był zaskakujący, także w swoim wystroju zewnętrznym ;). Piękny!

Mówiła: - jesteś artystyczną duszą, oderwaną od ziemi… estetką, wszystko musi być takie wyjątkowe, piękne… - i zwykle było właśnie takie.  Zostawiała mi więc pole do realizacji moich potrzeb i odsyłała do aranżacji stołu, dekoracji potraw, tworzenia „klimatu” imprez, które wspólnie przygotowywałyśmy. Mówiła, że jesteśmy jak Maria i Marta z Betanii. We mnie zwykle widziała tę pierwszą…
Miałyśmy też bardzo różne potrzeby estetyczne, jeśli chciałam zrobić jej przyjemność, wybierałam przedmioty, których nigdy nie kupiłabym dla siebie… Zwykle dobrze trafiałam.
Za to wrażliwość na piękno otoczenia, ludzkich dusz, na dobro, obydwie miałyśmy - i mamy – wciąż podobną… Poczucie humoru i miłość do tańca – też…

Cdn.
  • awatar Jacek K: Ona jest. Istnieje. I zawsze będzie istnieć w sercach Jej Bliskich...
  • awatar nomadka: @Jacek K: Mam tego świadomość Jacku. Chcę, także dla siebie samej, zatrzymać czas, opowiadać o Niej :).
  • awatar Jacek K: @nomadka: Wiem, że wiesz... ale robi się smutniej, kiedy o wszystkim piszesz w czasie przeszłym. Ładnie to ujęłaś w drugiej części: " Już wiem, że istnieje tylko teraźniejszość"
Pokaż wszystkie (3) ›
 

gina02
 
Opuściłam rodzinny dom, by w innym miejscu, z dala od osób które dawały mi poczucie bezpieczeństwa, podjąć nowe obowiązki. W sytuacji  niekoniecznie lubianej dorosłości,  stanęłam wobec nieznanego mi dotąd problemu wizyt i rewizyt!  Wcale nie przypadło mi do gustu bywanie tam, gdzie nie pragnęłam, i przyjmowanie w swoim własnym domu ludzi obojętnych. Dotąd prowadziłam styl życia pełen luzu i naturalności. Przyjaciele i znajomi wpadali bez uprzedzenia, by pograć w kości, lub całymi nocami spierać się o egzystencjalne i nie tylko prawdy, posłuchać muzyki, albo zwyczajnie, pobyć... Wystarczały nam kanapki, zapiekanki, czasem wspólnie tarliśmy ziemniaki, by usmażyć chrupiące placki. Zwykle było wesoło, naturalnie i niezobowiązująco.

W nowej rzeczywistości, zanim „przesiałam” znajomych, musiałam odbyć kilka trudnych dla mnie spotkań. Wpadka, o której chcę napisać wydarzyła się właśnie wtedy…

Miała to być poważna rewizyta. Wcześniej, nowi znajomi, przyjęli nas pięknie, oczywiście popełniłam kilka gaf - wcale nie małych - wybierając się do nich, zatem teraz chciałam poprawić swój wizerunek osoby dorosłej i odpowiedzialnej… /wcale się taką nie czułam ;)/.
W tym celu nabyłam książkę kucharską, z przepisami kuchni francuskiej, bo skoro miało być elegancko, to nic innego nie przychodziło mi do głowy. Wszak kuchnia tego kraju uchodzi za wykwintną, a ja, choć  gotować nie umiem, to w końcu, z przepisu – dam radę…
Przygotowałam mnóstwo kolorowych przystawek, odpowiedni trunek na aperitif, jakąś wydumaną zupkę w formie kremowej i to nieszczęsne danie główne! Były też desery, ale te wyszły nadzwyczaj dobrze… Napracowałam się: stół pięknie zastawiony i udekorowany, mieszkanie błyszczy, a goście mają być za 15 minut. Tym razem, odpowiednio ubrana, w ostatniej chwili wbiegłam do kuchni, by ocenić swoje dzieło. Spojrzałam na schab w pomarańczach i zbladłam! Pachniał nieźle, lecz wyglądał! Mój Boże! Co najmniej zjawiskowo: w obrzydliwie zielonym sosie pławiło się mięso, które sprawiało wrażenie mocno przeterminowanego!!! A stało się to za sprawą braku wyobraźni kulinarnej, mojej, rzecz jasna… Oprócz białego wina, w przepisie sugerowano dodanie odrobiny likieru pomarańczowego, dolałam więc wcale nie małą ilość Curacao blue…

Pomarańczowy + ciemnoniebieski = brzydko zielony….

Nie miałam zbyt wiele czasu, by potrawę ratować. Z obłędem w oku, spojrzałam na pomarańcze, które jeszcze zostały, wzięłam jedną z nich. Obrałam skórkę, jak najcieniej, pokroiłam ją - w wariackim tempie - drżącymi rękoma, w drobniutki makaronik, wrzuciłam do wrzątku, żeby straciła goryczkę, a następnie w świeżym soku z pomarańcz, obgotowałam, żeby odzyskać jej smak i aromat. Tak przygotowane złociuteńkie skóreczki uratowały moje pierwsze kulinarne „arcydzieło”. Chwilę potem, podany na półmisku,  w otoczeniu plastrów owoców cytrusowych, polany sosem, co prawda o dość niecodziennym kolorze, za to uzupełnionym ową skórką, schab pachniał i smakował wyśmienicie.

W krótkim czasie zostałam posiadaczką około 300 książek o tematyce kulinarnej, nie licząc czsopism… Filmy, które kochać zaczęłam też opowiadały o mojej nowej pasji… Pamiętam do dzisiaj wrażenie, jakie wywarł na mnie jeden z nich: opowieść o doskonałej kucharce - artystce, „ Uczta Babette”! Gotowanie i pieczenie stało się moją, pewnego rodzaju, osobistą obsesją… Postanowiłam zostać kucharką doskonałą ;)

Kilka lat życia zmarnowałam, zanim zrozumiałam, że każda przesada  nie jest dobra…
Teraz nie potrafię dwa razy ugotować identycznej potrawy. Czasem słyszę: - zrób to jeszcze raz, pyszne… - a ja wiem, że już nie pamiętam, jak ją wykonałam: wrzuciłam szczyptę tego, odrobinę tamtego i wyszło ;).

Na regale część książek wciąż jeszcze stoi i… czasem kusi, by poszukać jakieś inspiracji, do własnych już pomysłów.

Muszę jednak przyznać, że nigdy nie udało mi się upiec doskonałych, chrupiących bułeczek z razowej mąki, obsypywanych ziołami, ziarnami, jakie piekła dla mnie Sio! I chleba, szczególnie tego z łopaty, który usiłowała nauczyć się wyrabiać w dzieży i piec w starym piecu chlebowym w rycerskiej samotni… Oj, było z tym wiele zabawy… Biszkopt wyszedł niezapomniany... Miałyśmy tam znowu pójść… Tyle rzeczy miałyśmy zrobić, w przyszłości…

Już wiem, że istnieje JEDYNIE TERAŹNIEJSZOŚĆ…
  • awatar Jacek K: Moja Mama robiła świetne kremy do twarzy, do rąk. Koleżanki z apteki ustawiały się w kolejce, jak zrobiła świeżą partię. Pytały: Jak ty to robisz, bo mnie nigdy nie udaje się tak jak tobie. Ona odpowiadała: Nie wiem, miarkę mam w dłoni, po prostu tak mi wychodzi...
  • awatar Bafka: Chatka na fotce jak z jakies zaczarowanej basni. Opowiesc Twoja jak zwykle mnie urzekla, ale - wybacz mi - kiedy przeczytalam o tym Curacao po prostu wybuchnelam glosnym smiechem. Kazda z nas ma za soba kulinarne mniejsze lub wieksze katastrofy, ale tym lepiej sie dzis je wspomina. Dziekuje za ten wpis.
  • awatar nomadka: @Bafka: Super Basiu, o to mi chodziło, ja też zaśmiewam się wracając do tej chwili pamięcią :).
Pokaż wszystkie (4) ›