Wpisy użytkownika nomadka z dnia 25 stycznia 2011

Liczba wpisów: 2

gina02
 
nomadka: Poranek, pastelowo – lekko mglisty, zastał mnie przy pracy. Myślę o projekcie, który obiecałam Sio, zrealizować. Już dawno zakiełkował w moim umyśle, teraz powinien przybrać realne kształty…
Odkładałam te pracę, wciąż mając nadzieję, że może ona sama, kiedyś, zrealizuje ten pomysł. Jednak, ponaglona wczorajszym telefonem, przystąpiłam do niej. Muszę obejrzeć kilka płytek ze zdjęciami, wkomponować tekst napisany przez Sio, dla przyjaciół, jeszcze wtedy, gdy wspólnie spędzany czas napełniał nas autentyczną radością.
A więc znowu wracam w przeszłość, w dobry, miniony czas…

Moje pierwsze spotkanie z przyjaciółmi Sio miało miejsce chyba 7 lat temu. Nie pamiętam dat, nigdy do nich nie przywiązywałam wagi… Czas przepływał przeze mnie :). Teraz stały się bardziej istotne…

Zadzwoniła wtedy: - Zorganizuj sobie kilka dni, będziesz mi bardzo potrzebna. Zaprosiłam ich do Rytra, bez Ciebie nie dam rady…

Wiedziałam, że jest inaczej, że potrafi beze mnie tak wiele, że i tym razem, da radę! Mimo to pojawiłam się znacznie wcześniej. Organizacja spotkania pochłaniała dużo energii; trzeba było przygotować przyjęcie godne samych przyjaciół, a tych Sio traktowała po królewsku, potem spakować wszystko, nie zapomnieć o płytkach z muzyką, serwetkach, kilku butelkach wina z róży, które robiła, miodówki korzennej, o niebiańskim smaku, czy słoiczków z różnorodnymi przetworami, także o delikatnym, pysznym, świeżo upieczonym przez Sio serniku … Sama potrzebowała niewiele, od lat była wegetarianką.  

Wreszcie,  wpakowałyśmy te wszystkie wiktuały,do jej, na szczęście dość dużego samochodu i pojechałyśmy do wylotu doliny, na końcu której /kilkaset metrów wyżej/, znajdowała się kochana przez nas samotnia. Od kilku już dni wynosiła moja Sio, w plecaku inne, bardziej trwałe produkty… Teraz, poprosiła sąsiada o to, by zaprzągł konia i wyjechał po cały ten nasz „catering” ;).

Przyjechali również jej przyjaciele i ten, któremu chciała przychylić nieba… Patrzyłam z boku, na zupełnie dla mnie irracjonalną scenę: koń, wozak z lejcami, furka obciążona niezliczoną ilością produktów, On i… DWÓR w postaci zaprzyjaźnionych kilkunastu osób, poruszających się z wielkim dostojeństwem… Nie wytrzymałam, ruszyłam „z kopyta”, przed siebie, cel – znałam. Ku mojemu zdziwieniu, po kilkunastu minutach szybkiego marszu pod górę, poczułam czyjś oddech na plecach. To by ON! Zostawił dwór, konia, furkę i poszedł za mną… -Pomyślałem, że przecież można szybciej iść…

Powędrowaliśmy razem, znacznie dłuższą drogą, przez góry. Gdy dotarliśmy nareszcie do domku w dolinie, w kuchni unosiła się para, goście zastawili stoły, kwaśnica bulgotała w ogromny garze, Sio kończyła robić kolejną partię pysznych pierogów… Na stoliku czekały na nas butelki z trunkami godnymi przyjaciół!

Tak rozpoczęła się także moja przygoda z Nim. Miała trwać nie długo, kilka lat później, walczyłam o tego niezwykłego człowieka, by przegrać z depresją endogenną..

Jego błyszczące, czarne oczy, radosny uśmiech i przedłużony uścisk dłoni, z ostatniego spotkania, wciąż mi towarzyszą. I piosenka … Byliśmy umówieni, na kolejny wypad w góry, tak bardzo tego pragnął…
 

gina02
 
Było pierwsze spotkanie, było także - ostatnie. Radosne, w niczym nie zapowiadało dramatu, który miał wydarzyć się w niecałe 2 miesiące później… To do niego wracam teraz pamięcią.

Sio została przeze mnie zmanipulowana, do przeczytania humorystycznego tekstu, który wcześniej, na rycerskich łąkach napisała… O nich, tych którzy tak bardzo byli jej bliscy. Była już po pierwszej operacji zatok, guz wielkości pomarańczy został usunięty... Twarz Sio pozostała nienaruszona, była szczęśliwa… Ona i my wszyscy…

Dwa miesiące później, zorganizowała piękne pożegnanie, temu, który już wrócić do samotni nie mógł. Jej serce pękło. Mimo to zaprosiła jego i swoich przyjaciół, właśnie tu. Przygotowała wszystko, tak jak zawsze, żeby pamiętali… Napisała i przeczytała piękny wiersz… Łzy popłynęły z wszystkich oczu…

W kilka miesięcy później mój organizm zastrajkował. Potworny stres, jakim była wiadomość o chorobie Sio, walka z czasem i wreszcie pierwsza operacja, a potem także przegrana walka o życie przyjaciela, pokonały moją odporność. Znalazłam się w szpitalu, na oddziale, na którym nie umiano mi pomóc. Zostałabym pewnie tam, aż do dzisiaj jako eksponat, któremu pani ordynator, wciąż i wciąż od nowa ordynowałaby wlewy, stwierdzając suchość języka jedynie… Pogodziła się z tym, że nie wie co ze mną zrobić, środki przeciwbólowe w najwyższych dawkach podawane, nie skutkowały. Rozkładała bezradnie ręce. Paraliż karku i potworny ból głowy trwały. Punkcja lędźwiowa, rentgen, nie pomogły zdiagnozować przypadku. Wtedy to -  jak zwykle - moja Sio wkroczyła do akcji. Późnym wieczorem, wraz z koleżanką pielęgniarką, uprowadziły mnie z oddziału, ukradły pacjentkę wraz poduszka :)!!!  W innym szpitalu, na innym oddziale, po zrobieniu rezonansu magnetycznego, postawiono właściwą diagnozę,  i mnie … do pionu. :) W trzy dni :).

Przeglądam zdjęcia, trzymam w dłoniach skarb; jej zeszyt, z łobuzersko uśmiechniętym Shrekiem... Znowu jesteśmy razem, tam w tym miejscu - tak szczególnym…