Wpisy użytkownika nomadka z dnia 30 stycznia 2010

Liczba wpisów: 2

gina02
 
Ostatni weekend stycznia. Karnawał...
Jest noc. Nie śpię. Słucham tang Piazzoli. Są gorące, namiętne, pełne pasji i bólu. Są jak życie, tętnią nim - a tej nocy współgrają ze mną  tak szczególnie - prawdziwe, podobnie jak i amerykański czarny blues. Muzyka bólu, ale nie rozpaczy! Czego innego mogłabym dzisiaj słuchać? Całą sobą pragnę teraz przenieść się w mroczne, zadymione zakamarki klubu, by nucąc i tańcząc blues`a wyrzucić z siebie wszystko to co boli… A może zatańczyć gorące argentyńskie tango, lub posłuchać fado? A może, może wreszcie, uciszyć serce, złamać się i powrócić tam, gdzie cicho i bezpiecznie: w otwarte ramiona Miłości…

Pamiętasz prof. Dąbrowskiego „Posłanie do Nadwrażliwych”? Jeśli nie, to przypomnij sobie  ten fragment szczególnie dla mnie ważny:

„Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie,
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością,
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego co być powinno,
za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane, ukryte w was.

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk,
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.”

Zachłanna przyjaźń, która jednak umarła…

Uczyłam się jej od Mistrzów. Prawdziwych. Kilka lat z rzędu obserwowałam ich w schronisku na Gąsienicowej Hali w mroźne tygodnie lutego, zawsze o tej samej porze. Dwójka staruszków, przyjaciół, którzy nie opuścili spotkania przez kilkadziesiąt lat /jedynie w czasie wojny przez dwa lata nie udało im się odwiedzić ukochanego miejsca/. Ona, przychodziła z wypełnionym plecakiem i nartami opartymi na barku, szła długo; przez Jaworzynkę, Skupniów Upłaz, żeby było taniej… W Warszawie sama myła okna, sprzątała, by zaoszczędzić parę groszy, by w lutym móc być właśnie tam, być z Nim… On wyjeżdżał na szczyt kolejką, miał już zdecydowanie mniej sił… Czasem zjazd z Kasprowego zajmował im cały dzień… Odpoczywali, gawędzili… Po prostu byli… Razem… zawsze, o tej samej porze roku. Nie przeszkadzały im spartańskie warunki w schronisku, mróz, wiatr, czy mocne opady śniegu… Stare zniszczone narty i odzież z przed lat…

Celebrowali przyjaźń…  

A moja, ta, która miała trwać wiecznie, odeszła… Nawet nie wiem gdzie jesteś, czy jesteś zdrów? Telefon milczy, narty stoją w kącie. Ukochane Pilsko, które - w mojej pamięci - już zawsze będzie - Twoim… nie słyszy śmiechu przyjaciół…
  • awatar Coobus: Gratuluję tej setki, życzę kolejnych. Pilsko to i moje wakacyjne tereny szczenięcych lat, moje wspomnienia. jeździłem tam nie do Korbielowa, ale z drugiej strony, do Sopotni, nad brzegiem Cebulki. Piekna okolica
  • awatar nomadka: @Coobus: A w zimie szczególnie piękne, zawłaszcza wcześnie rano, lub późnym popołudniem, gdy odjadą tłumy narciarzy, zapanuje spokój, przyroda oddycha, czuje się to... Czasem oczy nasycić można niezwykłym widokiem Tatr zamykających horyzont. Pilsko - surowo piękne...
  • awatar FoFa: cudowne zdjęcia, zazdroszczę widoków. Gratuluję z okazji tego jubileuszu i życzę kolejnych a przede wszystkim choćby małych radości po każdym kolejnym zamieszczonym tutaj. Pozdrawiam
Pokaż wszystkie (3) ›
 

gina02
 
Żegnam się z Wami na jakiś czas… Nie lubię pożegnań, bo każde z nich zawiera - a właściwie to już samo w sobie - jest tajemnicą… Powrócę pewnie niebawem… Jadę spotkać moich kochanych, tych którzy wypełniali każdą przestrzeń krainy dzieciństwa, a którzy wciąż jeszcze na mnie czekają… tym razem jadę nie po to by czerpać, ale by dawać miłość…

Być może wybiorę się do ukochanej samotni, drzemiącej spokojnie pod śniegową pierzynką, na samym końcu długiej górskiej doliny… Cichej; tam, gdzie sarny podchodzą do okien, a po stropie tupią popielice…

Gdzie woda źródlana nadaje niepowtarzalny smak herbacie, a piec obdarowuje dobrym ciepłem…

Lubię tu być. Cieszyć się majestatem zimy, szczególnie wtedy gdy kilkumetrowe zaspy zasypią wąską ścieżkę, drzewa pokornie położą konary po sobie, gdy wiatr na kominie powiesi lodowe sople, a mróz wymaluje szronem okna, wtedy ciepły piec, wrzątek na herbatę, chleb, stół i ława /sprytna, rozsuwana, tu zwana szlufankiem/, nabierają wprost nieprawdopodobnego znaczenia…

Wiele wspomnień łączy mnie z tym miejscem, zaludniają je dobrzy ludzie; powracają w nich radosne karnawałowe szaleństwa, ogniska, refleksyjne spotkania z przyjaciółmi, czy moje samotne ucieczki od dobrze znanej geografii codzienności…

Teraz pusty, drewniany dom, kiedyś zamieszkiwali ludzie gór… Potem kupili go inni ludzie, pokochali to miejsce bardzo, bo ma ono dobrego ducha, zostawili go tam Ci, dla których było prawdziwym domem… Dla mnie i mojej siostry – stało się Betanią… Było w niej radośnie i dobrze każdemu, kto tylko zechciał wejść w progi gościnnej drewnianej chaty na końcu długiej górskiej doliny …
  • awatar Mid-century modern: krucafuks..ale wypucowane te wase gornki!!!
  • awatar nomadka: @Mid-century modern:No, nie wszystkie... patelnia :(... za to kawa - pyszności!
  • awatar Coobus: zatęskniłem, na samą myśl. ale nie wiem, kiedy powrócę w te okolice, życzę spokoju i pogody ducha i tego pokarmu duchowego, jaki dają góry. i wracaj...
Pokaż wszystkie (8) ›