Wpisy użytkownika nomadka z dnia 27 listopada 2009

Liczba wpisów: 1

gina02
 
Dzisiaj pokonałam trzy kilometry, z plecakiem na plecach, żeby zrobić zakupy, takie normalne, codzienne, takie które zwykle robi się,bez specjalnego wysiłku, w tzw. "międzyczasie"  w najbliższym sklepie... Sprawiło mi to ogromną radość! Dziwne, bo w domu nie lubię ich robić... Dźwigając na plecach zakupione rzeczy czułam się jak zdobywca z Dzikiego Zachodu! Radośnie wędrowałam patrząc z zachwytem w absolutnie błękitne niebo, które teraz pokrywa gruba warstwa ciężkich, grafitowo- szarych chmur… Jesienna huśtawka..., dobrze, że jedynie pogodowa!
Przyglądałam się kiedyś życiu ludzi gór, takich prawdziwych - i gór - i ludzi, tych którzy wierni swojej pierwotnej miłości nigdy nie opuścili rodzinnych siedlisk. Z podziwem przypatrywałam się ich niezwykle trudnej codzienności. Siedziby zwykle samotne, zagubione w beskidzkich lasach z dala od turystycznych szlaków, pozwalały na życie zgodne z naturą, a ich mieszkańcy byli szczęśliwymi, niezwykle gościnnymi, choć przeważnie ubogimi ludźmi. W takim miejscu, w usytuowanej na leśnej polanie z przepięknym widokiem na panoramę sąsiedniego górskiego pasma i wijącą się w dole cieniuteńką wstążkę całkiem niemałej rzeki, w ostatniej już chyba kurnej chacie, z której do jakiejkolwiek siedziby ludzkiej było około 10 km, piłam najlepszy bimber na świecie, zagryzając go plackami z mąki i kwaśnego mleka z dodatkiem sody, świeżo upieczonymi na blasze pieca… Smakowały jak najlepsze rarytasy… Słuchałam niezwykle barwnych opowieści… A nocą schodziłam urwistym upłazem po mokrych, jesiennych liściach… Podobno nawet śpiewałam :) …  Wykształcone dzieci tych „ostatnich już Mohikanów” nie chciały żyć w miejscu „z pięknym widokiem na…”, odeszły do zakurzonych, hałaśliwych miast… Kiedyś opowiem o bohaterach tych spotkań, bo to od nich uczyłam się innego patrzenia na życie, prostoty i mądrości, odwagi twardych ludzi gór…
  • awatar Wes, kocury i rodzinka: Było minęło. Jak jestem w Polsce to oddycham tym ciężkim miastowym powietrzem pełnym dymów i spalin. Jak jestem w Szwecji to rozkoszuję się czystym i przeźroczystym powietrzem i czystą prawie źródlaną wodą płynącą w Nissallu. Osobiście jestem miastowy, i w tej miastowej kulturze wychowany. Przy tym jednak niedaleko naszego miasta na wsi mieszkało nasze wujostwo. To było prawdziwe duże gospodarstwo rolnicze, były konie, krowy, świnie, pełno drobiu, kilka kotów i sfora psów. Był w piątek chleb pieczony na liściu kapusty przez wujenkę, były kartofle z parownika podjadane ze skradzionym masłem i posypane solą oczywiście w tajemnicy przed gospodarzami. Żniwa, wykopki toż to dopiero atrakcje dla miastowego młodzieńca. A i zabawy w remizie strażackiej oraz podkradzione wino z gąsiora z wujkowej ziemianki. Wspomnienia, wspomnienia jak to dobrze że o tym mi przypomniałaś, to dobrze.
  • awatar nomadka: @Zamyślak: Wyrosłam na starówce pięknego miasteczka, w którym perspektywę ulic zamykały góry, na które nikt z mieszkańców nie zwracał już uwagi... Zauważali je jedynie przybysze z zewnątrz. Swoją osobistą przygodę z górami i ich mieszkańcami rozpoczęłam znacznie, znacznie później... :) A chleb prawdziwy, pieczony na liściu kapusty, na łopacie w autentycznym piecu chlebowym, miałam szczęście jeść jeszcze wczoraj...Pamiętasz jego smak???
Pokaż wszystkie (2) ›