• Wpisów:1022
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 22:54
  • Licznik odwiedzin:76 461 / 2876 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 


dzisiaj tak mi w duszy gra .
 

 
”O-ho-ho, przechyły i przechyły,
O-ho-ho, za falą fala mknie,
O-ho-ho, trzymajcie się dziewczyny - za liny!
Ale wiatr, ósemka chyba dmie!..."

Dzisiaj w domu brzmią szanty, toczą się morskie opowieści, a z fotek spoglądają roześmiane buźki dziewczyn z Pink Team – bo im udało się zrealizować zamierzenie, osiągnęły cel w osiem godzin, przy niepomyślnych wiatrach! Wróciły przemarznięte, rozemocjonowane i szczęśliwe, z głowami pełnymi nowych – jeszcze nie wypowiedzianych – pomysłów.

A ja?

Cóż, już w piątek nieoczekiwane i niepożądane wydarzenie zaburzyło plan weekendowego wędrowania.
Wieczorem w krakowskiej filharmonii jeszcze prawdziwie ucztowałam na Bethovenowskim maratonie: dwa Koncerty fortepianowe i Uwertura Coriolan. Młody, zdolny izraelski pianista Boris Giltburg, laureat wielu międzynarodowych konkursów, zdawał się być samą muzyką, wirtuozerią zachwycał, tak jak i niezwykle emocjonalną, poetycką interpretacją wykonywanych utworów.
Azis Sadikovic, pomimo młodego wieku mocno utytułowany, wiedeński dyrygent, dosłownie zawojował publiczność interpretacją dzieł. I młodzieńczym wdziękiem .

Koncert dobiegł końca, emocje opadły i już wiedziałam, że dalej tego dnia nie pojadę. Ból zmienił plany. Noc spędziłam w Krakowie, w połowie drogi do zamierzonego celu…

Rankiem jednak poczułam się na tyle dobrze, że postanowiłam nie rezygnować z dalszej podróży, choć już z innym zamierzeniem. Zamiast górskiego łazika, stałam się turystą-szperaczem wyszukującym interesujących miejsc. Udało się! Weekend spędziłam w bardzo ciekawy sposób.

Opowiem. Jutro?
 

 
O poranku obudził mnie sygnał telefonu zwiastujący nadejście sms-a. Tym razem był to mms: żagle pięknie rozpięte pod błękitnym niebem.

Jeszcze wczoraj: - Mamo, mogę wziąć twoje czarne spodnie, te ocieplne, bo wiesz, na Bałtyku zimno...
Potem kanapki dla kilku osób, piersiówka z nalewką dla kurażu i szybkie: do zobaczenia...

Dzisiaj wypłynęły moje szalone dziewczyny. W planie mają Bornholm, rowery, a potem może i Szwecję. I tylko trzy dni...

Ja także pakuję plecak. Dzisiaj; wieczorny koncert w Filharmonii Krakowskiej, potem podróż do N.S., a jutro, jeśli nic nie pomiesza moich planów - góry . Bo matka to człowiek ceniących stały ląd pod stopami. A adrenalina, no cóż...

Oby pogoda dopisała na Bałtyku i w górach .
 

 
Pod koniec ubiegłego wieku mieszkańcy Katowic zwali Go świętym Jackiem. Jednych wprawiał w zachwyt, innych irytował. Nie zważając na panujące warunki atmosferyczne kazdego dnia stał u zbiegu ulic Staromiejskiej i Dyrekcyjnej, z gitarą w dłoni. Śpiewał. Zbierał grosiki. Nie, nie dla siebie, ale dla bezdomnych z pobliskiego dworca, potem dla dzieci z ubogich rodzin. Koleżanka, dziennikarka z lokalnej telewizji, robiła wtedy o nim programy. Nagle zniknął. Wiele razy zastanawiałam się co wydarzyć się mogło w życiu tego człowieka, że zostawił swoich ubogich podopiecznych. Odpowiedzi na dręczące mnie pytania były bardzo różne, że założył rodzinę, został pastorem w zborze, że robi swoje…

Wielkim więc zdziwieniem i zaskoczeniem był dla mnie artykuł przeczytany w jednej z gazet. Bohaterem jego był właśnie pan Jacek Pikuła, teraz bezdomny! Fotografia nie pozostawiała złudzeń, tak to ten sam Jacek o wielkim sercu! Bezdomny? Nie mogłam uwierzyć. Ale, tak właśnie tak!

Bezduszny system pozbawił go wszystkiego. Długi w ZUS sprawiły, że jego domem stał się brudny chodnik i dworzec, dobrze mu znany z działalności pełnej miłości i szacunku dla ubogiego bliźniego. Potem stał się nim namiot stawiany na górskich łąkach.

Ten niezwykły człowiek nie traci nadziei i ma marzenia, by mieć kiedyś drewniany domek na skraju lasu… Życie podarowało mu wielką szansę. Na starym - otrzymanym od sióstr miłosierdzia, które pomogły mu w najtrudniejszym momencie życia - laptopie, napisał książkę! Nagrał też płytę. I jak sam pisze: „Wciąż wierzę, że jest gdzieś dla mnie miejsce. Nie jest łatwo znajdować w sobie siłę i moc. Jednak jest możliwe stanąć na nogi. Próbować stanąć i iść. To teraz mój cel.”

Dla mnie: Gigant. Najprawdziwszy...

Tu o nim więcej:
http://biblia.phorum.pl/viewtopic.php?t=1364&;p=8061



Z netu:
Pikuła jest Kawalerem Orderu Uśmiechu i laureatem wielu nagród za działalność społeczną (od dziennikarzy, ministra pracy i polityki społecznej, wojewody katowickiego), dostał Honorową Odznakę Miasta Katowice za wkład w rozwój i rozsławienie miasta. Katowiczanom znany jest z ul. Staromiejskiej, gdzie śpiewał i grał na gitarze. Był jednym z pierwszych streetworkerów w Katowicach. Z początku opiekował się bezdomnymi, potem skupił się na ubogich dzieciach. W ostatnich latach wpadł w tarapaty, nie płacił składek ZUS za siebie i swoich pracowników. Nie wiadomo, czy udało mu się spłacić dług.
  • awatar nomadka: @Louve: "Sprawa dla Reportera" :), ulubiony program mojej Mamy. Zwykle po nim musiałam podawać Jej tabletkę na zbicie ciśnienia /sięgało górnej granicy wytzrymałości organizmu/. Jeśli chodzi o pana Jacka, to myślę, że los zatroszczył się już o niego. Czytałam, że organizowane są spotkania autorskie, promocja książki i płyty. :)
  • awatar Louve: Myślę, że pewnie można by mu pomóc jedynie zgłaszając sprawę do "Sprawa dla Reportera".
  • awatar ponurnik: woow...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Takie poniekąd świeto naszej planety.
Organizatorzy Dnia Ziemi chcą uświadomić politykom i obywatelom, jak kruchy jest ekosystem planety ludzi. Dzień Ziemi obchodzony jest w momencie równonocy wiosennej na Półkuli Północnej, czyli w dniu równonocy jesiennej na Półkuli Południowej. Ten dzień wyróżnia się tym, że na całej planecie dzień trwa tyle samo, co noc.

Kilka lat temu na jakimś brudnym murze przeczytałam całkiem mądre słowa: "Ludzie zachowują się tak, jakby mieli jeszcze jedną ziemię w zapasie"...

Może warto dzisiaj, w ten piękny, u mnie słoneczny dzień, o tym pomyśleć.
  • awatar nomadka: @portrotterdam: Możemy siać także rzeżuchę, będzie bardziej zielono! :)
  • awatar portrotterdam: No to siejemy rzodkiewki na balkonie :)
  • awatar jamnick: "Ludzie zachowują się tak, jakby mieli jeszcze jedną ziemię w zapasie." Żeby jedną...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Minął jak z bicza trzask! Nowy Sącz, spotkanie z ukochanym rodzinnym miastem, z domkiem który pięknieje pomimo przybywających mu lat, a raczej wieków. Kiedyś był moim rodzinnym, teraz jest ukochaną oazą, w której zawsze mogę znaleźć ukojenie, przyjazną atmosferę i doskonałe „co nieco”, nie mówiąc już o przedniej kawie. Tu czeka też na mnie moja siostra Krysia, oczy cieszy piękno otoczenia, a dusza odpoczywa otulona harmonijnymi dźwiękami. Tu serce znajduje chwilowy odpoczynek od wiecznej tęsknoty... Bo to miejsce, w którym - i wśród których - uczyłam się kochać, uczyłam się zyć…



Noc w domu już znacznie mniej przyjaznym. O poranku Tatrzańskie ośnieżone szczyty zajrzały nam prawie do okien, a ogród zaprosił kolorami wiosny. Nadal kwitną tu kolorowe tulipany Mamy, żonkile, a ukochany barwinek ozdobiły fioletowe kwiaty. Drzewa owocowe bielą obsypało delikatne kwiecie, a mniszek złotym dywanem pokrył trawiastą część miniaturowego sadu Taty. Zebrałam jego słoneczne kwiaty, już nie na miodek robiony zwykle przez Mamę, lecz na nalewkę, ponoć także zachowującą cudowne właściwości tej radość wiosenną budzącej roślinki.

Jeszcze szybka kawa u Krysi i jazda do Krakowa. Kazimierz wypełniony hałaśliwymi wycieczkami, turystami, tubylcami zmierzającymi w kierunku Wisły. Słoneczny dzień nawet Krakusów wywabił na niedzielny spacer. Biegłyśmy do małej knajpki palestyńskiej na przepyszny kebab z jagnięciny w syryjskim chlebku podany i kawę z kardamonem… Czas naglił, bo w domu czekały na nas kupione wcześniej bilety na wieczorny spektakl w teatrze. Zdążyłyśmy prawie na styk. Świąteczny dzień uczciłyśmy Eucharystią i jeszcze jedną kawą w katowickiej kawiarni.

Spektakl Cinema od trzech lat grany w Teatrze Wyspiańskiego w Katowicach rozbawił nas, ale również zachwycił aranżacją, pomysłem reżyserskim i grą aktorską. *
http://teatralny.pl/recenzje/cinema-czyli-teatr-bez-granic,248.html
_________________________________________________________

*Reżyserem przedsięwzięcia, który jednocześnie odpowiada za scenariusz, ruch sceniczny i opracowanie muzyczne jest Beppe Navello, od 2007 roku dyrektor Fondazione Teatro Piemonte Europa. - Kino w teatrze jest możliwe" - uważa Navello.

Za scenografię odpowiada Francesco Fassone - architekt i scenograf, absolwent wydziału Architektury Politechniki w Turynie. Fassone zajmuje się scenografią teatralną, tworzeniem instalacji artystycznych, przestrzeni dla wystaw muzealnych oraz projektowaniem dla branży mody i muzyki.
 

 
Tydzień przeminął jak jeden dzień. Stanęłam przed kolejnym weekendem. Ostatnie spędzaliśmy aktywnie, wypełniając je wędrowaniem po dolinkach w przecudnej Jurze, odkrywając - dawno poznane – miejsca od nowa. Szukałam harmonii i spokoju, szukałam piękna i ciszy. Potrzebowałam zachwytu. Potrzebowałam też ruchu po zimowym zastoju. Zapomniałam jak iskrzyć potrafi się śnieg w ukochanych górach. Zapomniałam nawet w jakim kolorze są moje narty! Doskonałe, upragnione, narty są wciąż nowe, nie używane od kilku już lat… Kochane i…, ech, dobrze, że czasem korzysta z nich Zuza.

Wydarzenia ostatnich lat całkowicie zmieniły trajektorię mojego życia, wyrzuciły mnie zupełnie poza dobrze znaną mi orbitę. Zmieniły także mnie samą. Zatrzymały w biegu, zastopowały w szaleństwie… Jestem inna, inna jest także moja codzienność. Ale to wciąż ja, ta sama, lecz już nie taka sama.
Pozostały te same tęsknoty, pragnienia, marzenia. Ale, jak mówi mądry Kohelet, w życiu jest odpowiedni czas na wszystko, zatem ufając Mędrcowi spokojnie czekam na to, co przynieść może każdy nowy dzień.
Myślę, że mam teraz czas na zwolnienie, na znużenie i zmęczenie… Nie - na zwątpienie, nie, nie, nie.

Jutro jadę do N.S. Tęsknię za ukochanym miastem bardzo. Mimo to bywam tu coraz rzadziej.
Boję się pustki domu do niedawna tak pełnego życia, ogrodu bez Gospodarza, skrzypiec samotnych troskliwie złożonych w futerale wyłożonym bordowym aksamitem... Wciąż nie usuniętych drogich Im przedmiotów i pamiątek. Nawet zderzenia z drzewem genealogicznym, które było Ich dumą i radością. Wiem, gałązki jego rozrastają się, mnożą. Karolinka oczekuje drugiego dzieciątka. Będzie to już czwarte życie, którego Dziadkowie nie mogli pobłogosławić. Wierzę, że czuwają i otaczają je miłością, nie może być inaczej, bo całe ich ziemskie wędrowanie było nią wypełnione.
Już jutro spotkam tych, którzy byli częścią mojej minionej codzienności; Piotrusia, który w międzyczasie stał się Piotrem, Klarę i ich mamę Ulę. I na to spotkanie już się cieszę.


Fotka z niedzielnej wędrówki:Ojców, Kaplica św. Józefa Robotnika, zwana też Kaplicą Na Wodzie, jak zawsze tak i tym razem zachwyciła swą kruchością, delikatnością, harmonią.
  • awatar nomadka: @b-angel: Ta tęsknota także jest naszym baogactwem, prawda? Opowiada nam o Tych, których wciąż w sercu nosimy. :)
  • awatar b-angel: czytam, a oczy coraz bardziej wypełniają się łzami... u wtedy przypominam sobie, że są ludzie, sprawy i miejsca za którymi nieodmiennie tęsknię...
  • awatar TaniecNocy...: Zazdroszczę Ci tych wędrówek kochana
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
to nie tylko nazwa jednej z ulic na krakowskiej Woli Justowskiej, to także stan, który próbuje zdominować mój dzisiejszy nastrój… Za oknem szarość, wilgoć…

- telefon do pani Pauliny,
- telefon do Ewy,
- odpisz na listy,
- zadzwoń do…., załatw to i tamto…, umów się…, obiecałaś wypić kawę z…
- zrób to i jeszcze tamto…

Nie daj się….

Paulina.

Głos Pauliny w słuchawce, jak zwykle pogodny. Czułam lęk, od pewnego czasu właśnie tak jest, gdy wybierałam jej numer. Zrozumiałam, że boję się ciszy w telefonie, tej głuchej, tej wiecznej… Paulina ma coraz to słabszą kondycję. Rozważa pomysł powrotu do syna, którego zostawiła w USA. Myślę, że dla stęsknionego serca matki, to dobra opcja, tylko jak ona sama zniesie podróż???
- Nie poddawaj się smutkom, gdy przychodzą pomyśl o czymś dobrym, pogodnym, weź książkę, poczytaj! – usłyszałam, zanim powiedziałam cokolwiek. Paulina ma intuicję bardzo czułą…

Ewa.

Nie odebrała telefonu. Czuwa przy szpitalnym łóżku, na którym leży jej mąż. Nawrót choroby nowotworowej, operacja z komplikacjami, krwotok, teraz osłabienie i lęk. Są dobrym małżeństwem… Moja przyjaciółka cierpi… A ja? Czuję ciężar jej lęku i własną bezradność.

Uciekam myślami do niedzielnego aktywizmu; zlot food tracków na katowickim Rynku /Rynek Smaków 2016/, kolejna próba zaszczepienia życia w tym martwym miejscu, potem NOSPR z cudowną salą o niezwykłej akustyce. Czekałam na ten koncert, który w ostateczności mocno mnie rozczarował. Warszawscy filharmonicy nie sprostali oczekiwaniom. Mahler wybrzmiał drętwo, zabrakło ducha w muzyce. Wieczorem posłuchałam tego samego utworu pod inną batutą, w innym wykonaniu. Brzmiał cudownie…
Dzisiaj pierwsza rocznica ślubu Zosi. Dziadkowie nie uczestniczyli już w tej pięknej uroczystości. Pamiętaj, pogratuluj...

Rynek smaków:


NOSPR:


Wspomnieniami odpędzam dół, dołek, obniżony nastrój. Poniedziałkowy.
  • awatar nomadka: @b-angel: Na sekundkę tylko? Zostań dłużej, proszę :).
  • awatar nomadka: @portrotterdam: Pewnie Euku wolałby "Rynek smoków" :-) - bo brzmi to bardziej bajkowo, a tu tylko nazwa na kubki smakowe i soki żołądkowe działająca ;-). Był to na pewno rynek pełen zapachów i pokus.
  • awatar b-angel: a ja tak po cichutku, przyszłam się na sekundkę przytulić...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Bez butów i kurtki w pochmurny, chłodny dzień, wyglądał jak uciekinier.

Wypisano go kilka dni wcześniej, niż przewidywano. Od domu dzieliła go odległość 200 km. Oczekiwanie na samochód, który po niego przyjechał, umilaliśmy dobrą rozmową, choć toczyliśmy ją na szpitalnym, kolorowym korytarzu.

Patrzyłam za nim gdy odchodził w śmiesznych plastikowych klapeczkach... Machałam ręką. Było mi smutno, choć cieszył mnie fakt, że wyniki badań ma dobre. Wraz z nim odjechał skrawek mojego dawnego domu... Bo dom to nie budynek, nawet nie miejsce, ale ci, którzy go tworzą.

Wieczorem zadzwonił z podziękowaniem, ale to ja chciałam jemu dziękować...
 

 



Zmęczenie wiosenne mnie dopadło...
 

 
Jedna z brzydszych ulic miasta, taka, której raczej nie wybiera się na popołudniowy spacer. Zwykle omijam ją szerokim łukiem, często nadkładając drogi do celu. Dzisiaj postanowiłam wyruszyć w tę krainę bezprawia, porównywalną do Dzikiego Zachodu z czasów zabijaków walczących o złoto i sławę.

Szybkie kroki wybijały równy rytm na nierównych płytach chodnikowych. Szłam do bliskiej mi osoby, która od kilku dni leży w szpitalu. Zanim dostrzegłam szeroko rozłożone ramiona nieznajomego mężczyzny, już byłam niemal w ich centrum.

-Ooo, takaaa to… pani to jest mój rozmiar! Taka ładna i taka mądra!!!!

Oniemiałam, lecz przytomnie, czym prędzej, opuściłam ramiona pana pełnego wylewnej czułości.
Hmmm, ten rozmiar /nie zdążyłam ustalić czego dotyczył /, i MĄDROŚĆ! wypisana na twarzy…

Nie zdążyłam zbudować odpowiedniej samooceny, bo po kilku zaledwie krokach czar prysł:

- Ja to umiem bajerować kobiety!- usłyszałam :-).
  • awatar nomadka: @Louve: Zyczliwych i otwartych ludzi spotykam także w naszym kraju, choć przyznaję, że nie tak często jak poza granicami naszej ojczyzny. Martwią mnie smutne i napięte twarze dzieci, niepewność jaka się rodzi, gdy odezwie się do nich obca oaoba, a czasem nawet wtedy, gdy obdarzy je uśmiechem. Poziom strachu niestety jest duży, czy słusznie, tego nie wiem. Boli mnie to, bo w pamięci wciąż noszę czasy dzieciństwa, wolności prawie bezgranicznej; nie towarzyszył nam lęk, choć pewnie zagrożenia istniały.
  • awatar Louve: @nomadka: ale w sumie - miłe to, że choć zagadał, zażartował, dziś ludzie są tacy milczący... ;-] to nie Włochy, niestety...
  • awatar nomadka: @Louve: Przede wszystkim zabawny z tą pewnością, że mu sie udało zbajerować! Faktem jest, że tym razem pokonałam ulicę bez lęku, a ze smiechem. Dzisiaj wracałam ze szpitala pustą i dziwnie cichą ulicą, bałam się trochę, chociaż zwykle nie jestem lękliwa. Pod koniec szarej i brzydkiej drogi zobaczyłam antyterorystów w jakiejś akcji na jednym z podwórek, zrozumiałam ciszę i spokój... :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 


Chwal Pana
który
przezwyciężył własną śmierć
i ocalił Cię
od samotności.

ROMAN BRANDSTAETTER



Przeżycia prawdziwego zmartwychwstania
oraz radości płynacej z tej Tajemnicy życzy G.
P.S.
Pięknego świętowania!
  • awatar kokonowa: Wzajemnie :) spokojnych,przyjemnych :)
  • awatar Gość: https://www.youtube.com/watch?v=7SpsMT0m6jw&ab_channel=Nowotna
  • awatar portrotterdam: I nawzajem! :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 


Za mną:

Czwartek - błogosławieństwa.
Piątek - łzy... Złozenie do grobu...

Za chwilę jeszcze jedna wielka uczta dla ducha:Muzyka na Wielki Piątek, Camerata Silesia, w katowickim kosciele Piotra i Pawła. Pomimo zmęczenia, jadę!

Przede mną:

Sobota - cisza...
Niedziela - RADOŚĆ!
 

 

Piękny dzień.
Pracowity.

Wieczorem - uczta - wieczerza z Umiłowanym.
 

 
W sobotni wieczór, gdy Bohater lizał rany po całonocnej walce z przestrzenią, chłodem i słabością własnego ciała, pognałyśmy z Zuzią do Krakowa. Wyjechałyśmy mocno spóźnione, na szczęście autostrada pozwoliła nam poszaleć! Zdążyłyśmy przed koncertem wypić szybką kawę i uściskać Drogie nam Osoby, które przyjechały z N.S. i przybiegły z Krakowa. W sumie spotkaliśmy się w gronie 20 bliskich sobie osób. "Ochy i achy" które zrodziły się w nas podczas koncertu - brawurowo poprowadzonego przez Jubilata, Maestro Jerzego Maksymiuka, świętującego tu 80 urodziny!- miałyśmy więc z kim dzielić . Bo Maersto swoją wielką pasją i ogromną radością – zarażał! Publiczność pożegnał piękną myślą - życzeniem; "Każdy dzień jest JUBILEUSZEM!" - i by takim był.



Nie oparłyśmy się także urokowi pełnego życia /pomimo chłodu i późnej już pory/ krakowskiego Rynku i wybrałyśmy się na spacer i małe co nieco… Wizytą w gościnnym domu Basi zakończyłyśmy ten bogaty w przeżycia dzień. Do domu wracałyśmy już po północy. Zgodnie z przepisami…

Niedzielę spędziliśmy aktywnie; włócząc się po Nadwiślańskim Parku Etnograficznym w Wygiełzowie i ponurym zamku – o bardzo ciekawej historii - Lipowiec. Skansen przeniósł mnie w czas miniony, przypomiał Niedziele Palmowe świętowane w Sądeckim Parku Etnograficznym . /http://gina02.pinger.pl/m/11711788/, czy w Lipnicy Murowanej, gdzie palmy sięgać nieba potrafią .



Radością były dzisiaj fotki Frania z ogromną palmą w dłoni i uśmiechem na łobuzerskiej buźce. Palmę wykonał wraz z mamą, a trud ich został nagrodzony. Rękodzieło Ani i Frania zostało dostrzeżone przez organizatorów konkursu.

Uśmiecham się pisząc te słowa. Kiedyś to ja z wielką palmą stawałam, pod Sądeckiem ratuszem, w szranki o pierwszeństwo. Palmę wykonywał Tato…

Pasja, radość tworzenia … na małą i wielką skalę!



 

 
Nie wierzyłam, że pójdzie! Czterdzieści pięć kilometrów marszu przez ciemne górskie szlaki /Suma przewyższeń to ponad 2140 m/. Nocne, samotne wędrowanie. EDK zaprosiła go do podjęcia walki duchowej i zmagania ze słabością ciała. Podjął wyzwanie. Jeszcze idzie... Zawsze lubił żyć ekstrmalnie.

Zaplanowałam bardzo spokojny weekend. Zakupy, sprzątanie, czas na wyciszenie i przygotowanie się do jutrzejszego świętowania. Zdążyłam zrealizować jedynie część pierwszego punktu planu. Zanim wypiłyśmy z Zuzią kawę dotarło do nas zaproszenie:

- Możesz być około 17,30 pod Filharmonią w Krakowie? Mam bilety, wiesz Maksymiuk dyryguje, warto...

I jak tu było odmówić?

Jedziemy, jak tylko Zuzia wróci z Bielska, bo postanowiła utrudzonemu wędrowcowi skrócić drogę powrotną i pognała mu na przeciw.
  • awatar Salute, new me is comin ♛: Wow, niezłe i dość ciekawe wyzwanie. I dokładnie - jak tu odmówić? Sama bym skorzystała z takiej okazji! Miłego dnia życzę :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Zdjęcia, wrażenia i wspomnienia - usiłuję pozbierać, posegregować, scalić. Są jak rozrzucone puzzle.
Przywiozłam ich moc; z majestatycznych klifów Teneryfy, śniegiem pokrytego wulkanu Teide, z barwnego, pełnego ruchu i dźwięku zakończenia karnawału /spóźnionego w tym roku, dla nas - nieoczekiwanego daru losu!/, z wyprawy na spotaknie z delfinami, trekingu w przepięknym wąwozie Masca... Z bardziej dzikiej, zielonej, maleńkiej wyspy La Gomery, z tajemniczego lasu wrzosowego, w którym doświadczyć zdołałam skutków poziomego deszczu... Wciąż jeszcze słyszę zaskakujący język silbo, język gwizdów używany przez pierwotnych mieszkańców - Guanczów, a współcześnie chroniony i wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

A mnie babcia uczyła, że gwizdać panienkom nie wolno!
Tyle, że ja babci - w tej kwestii - nigdy nie byłam posłuszna! Wolałam zdecydowanie towarzystwo ulicznych urwisów, niż grzecznych dziewczynek. Moze więc zagwiżdżę sobie teraz pięknie: dobranoc!

 

 
Mam za sobą szybką podróż do N.S.
Mam za sobą też gorzkie doświadczenie. Dzisiaj dystansuję się siłą woli do wydarzenia, którego zupełnie nie oczekiwałam…

Mam też uśmiech na twarzy, po spotkaniu z moimi Drogimi przy wspólnym, gościnnym, stole. W życiu bliskich mi osób pojawiło się wiele niewiadomych, a te, które przestały nimi być, niepokoją.

Czas, który ciężarem przygniótł moje ramiona, pozwolił malcom rozwinąć się ogromnie; Basia, Lena i Franio stali się ciekawymi świata przedszkolakami. Młodsze ich rodzeństwo stawiać zaczyna pierwsze kroki… Żal, że nie jestem już bliskim ich obserwatorem.

Franek, z którym kiedyś uwielbiałam bawić się abstrakcyjnymi przedmiotami które - dzięki wyobraźni malca - nabierały konkretnych form i wciąż zmieniały charakter, teraz zasypuje Mamę pytaniami, często równie abstrakcyjnymi. Z entuzjazmem uczy się wiersza Brzechwy „Staś Pytalski” /alter ego samego Frania/ – bierze udział w konkursie recytatorskim. Chciałabym zadziwić się głośno: Jak to? Już??? Przecież dopiero co…, ech, czas…

Mojego ulubieńca fascynują zwierzęta. Filmy, książki o tej tematyce, stały się jego codziennym pokarmem. Energiczny i entuzjastyczny Franio poluje na ofiary zdolne nadążyć za nim w przygodzie, którą jest dosłownie każda chwila. Tym razem znajoma babci Frania, nobliwa pani doktor, zanim zdołała posmakować kawy, już siedziała na podłodze całkowicie zawładnięta przez energicznego malca.

- Pobawisz się ze mną w węże? -
- Ale ja nie mam zębów jadowych – odpowiedziała niepewnie.

Dla Franka pojęcie problem, nie istnieje. Udowodnił to już wielokrotnie. Trudności rozwiązuje natychmiast, /tak było z prądem, który kiedyś przyniósł w ręce/, więc i tym razem nie zawiódł:

- To nic. Przecież możesz być OFIARĄ! OFIARĄ JEST BYĆ NAWET LEPIEJ!

Uśmiecham się i już tęsknię…
 

 
Spontaniczna i szalona decyzja okazała się być absolutnie dobrą. Byłam bliska załamania, miałam dość zaokiennej szarości i problemów nie do rozwiązania. Zaczynałam się bać, że psychika nie podoła obciążeniom. Last minute kupione przez Internet nocą, jeden dzień na przygotowanie i załatwienie formalności, wylot i … Teneryfa, wulkaniczna wyspa. Lot miałyśmy super, okraszały go oszałamiające widoki ośnieżonych Alp, potem obserwowałam południowe wybrzeże Francji, Półwysep Iberyjski, górzysty i surowy z zaśnieżonymi szczytami Sierra Newada, Gibraltar, Atlantyk z morzem chmur z zawieszonym w nich pustynnym piaskiem i wreszcie, coś kompletnie niespodziewanego: wulkan Teide witający nas powyżej poziomu chmur. Pogoda na Teneryfie z lekkim zachmurzeniem, słoneczna. I tak upragniona przestrzeń... Czarne plaże, z gorącym piaskiem czekały na nas, bezowocnie... Dlaczego? Napiszę za jakiś czas.

Kilka dni wcześniej wizyta w gliwickim Instytucie Onkologii przyniosła dobre wieści. Nie spodziewałam się, że poczuję się jak balonik bez powietrza... A jednak, tak właśnie było.
 

 
Wycisza.
Rozjaśnia.

Raduje oczy spragnione piękna...

Pada. Śnieg bielusieńki !

Słucham dźwięków współgrających z tą bielą za oknem.
Z ciszą... Z nocą...




Bob Dylan i jego WHY TRY TO CHANGE ME NOW - rozleniwia, mruczę leniwie wtulona w cień późnego już bardzo wieczoru...

Dobranoc...
 

portrotterdam
 
gina02
 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

ROZMOWA LIRYCZNA

- Powiedz mi jak mnie kochasz.
- Powiem.
- Więc?
- Kocham cię w słońcu. I przy blasku świec.
Kocham cię w kapeluszu i w berecie.
W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.
W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.
I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.
I gdy jajko roztłukujesz ładnie -
nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.
W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.
I na końcu ulicy. I na początku.
I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.
W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.
W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.
Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.
I wiosną, kiedy jaskółka przylata.
- A latem jak mnie kochasz?
- Jak treść lata.
- A jesienią, gdy chmurki i humorki?
- Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.
- A gdy zima posrebrzy ramy okien?
- Zimą kocham cię jak wesoły ogień.
Blisko przy twoim sercu. Koło niego.
A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.

K.I. Gałczyński
 

 
"Karnawał – inaczej zapusty, mięsopust – okres zimowych balów, maskarad,pochodów i zabaw. Rozpoczyna się najczęściej 6 stycznia, a kończy w Środę Popielcową.
Nazwa pochodzi od włoskiego carnevale, a słowo to zaczerpnięte z łaciny oznaczało pożegnanie mięsa -(carne - mięso + valere - obowiązywać, być ważnym, królować), przed rozpoczynającym się Wielkim Postem.
Inna etymologia tej nazwy, każe szukać jej źródeł w (łac.carrus navalis wóz w kształcie okrętu), nazwie wozu który uczestniczył w procesji świątecznej ku czci bogini Izydy a później Dionizosa w starożytnym Rzymie.
Karnawał wywodzi się z kultów płodności i z kultów agrarnych. Od głębokiej przeszłości utrzymywało się przekonanie, że im wyższe będą skoki, tym wyżej będzie rodziło zboże. Między innymi dlatego karnawał jest tak ściśle związany z tańcami. W wielu krajach europejskich, zwłaszcza na wsiach praktykowano także tańce dookoła ogniska, najczęściej w formie koła."
_________________________________________________________

Z wczesnego dzieciństwa i młodości pamiętam wyjścia Rodziców na zabawy karnawałowe, z których Ojciec wracał zwykle udekorowany kotylionami . Kochał taniec... Kochały go kobiety .

W czwartek, poprzedzający Środę Popielcową, panowało specyficzne poruszenie. Już o poranku słychać było radosne nawoływanie sąsiadki: - Pani K., dzisiaj babski comber!

Pachniało pączkami, faworkami /chrustem/ świeżo pieczonym. Panie częstowały się winem domowej roboty i robiły psikusy. Dom, zwykle pełen gwaru i ruchu, w ten dzień szczególny ożywał jeszcze bardziej. W łazience rosło delikatne drożdżowe ciasto /nie mogło mieć przeciągów /, mama przygotowywała setkę pączków... Delikatnych, pachnących wanilią, nadziewanych ucieraną różą. Posypywała je delikatną cukrową mgiełką. Lukier i smażona skórka z pomarańczy przywędrowały na nasze pączkowe specjały wiele lat później.

Karnawał, który rodzice starali się przeżyć inaczej niż pozostałą cześć roku, dobiegał końca...

W moim domu z dawnych tradycji pozostały jedynie pączki, zwane tu - gdzie mieszkam - kreplami...
  • awatar Louve: wspaniałe czasy... posłuchałabym Twoich opowieści... ku pokrzepieniu
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Bogaty we wrażenia weekend spowodował wielkie zmęczenie psychiczne. Rodzinne spotkanie, zorganizowane przez mniej znaną mi kuzynkę, zamieniło się w dyskotekę w garażu! Było zadziwiająco pozytywne.

Staś, dążący do perfekcji w każdym wymiarze życia, mój szwagier, zrobił najlepsze na świecie pączki, nadziewane płatkami róż, zbieranymi w słoneczny dzień i ucieranymi ręcznie, żeby nie straciły aromatu... Poczęstował 12 letnią Metaxą... Stworzył poczucie /chwilowe/ szczęścia i nieprzemijalności /nieprawdziwe/...

Spotkanie z przyjaciółką w jej przepięknym domu usytuowanym na zboczu zakopiańskiej Gubałówki, w sumie – przygnębiło. Rajskie otoczenie, bezpieczeństwo finansowe, piękno w każdym jego wymiarze, dom jak z marzeń i – brak radości. Lęk...

Magda, przyjaciółka Sio, osoba wspierająca nas do ostatnich spędzonych wspólnie chwil, teraz doświadcza osamotnienia i osaczającego przerażenia. Od kilku tygodni walczy… Rak i jej nie odpuścił. Jest introwertykiem, trudno jest przebić pancerz, którym się osłania.

Samotna Bożena, traci pracę. Stała się ofiarą politycznych zawirowań.

Do pani Pauliny boję się zadzwonić. Oznajmiła mi, że ma raka z przerzutami do kości…

Jestem bliska załamania… Nawet cudownie piękny widok z okien zakopiańskiego domu Ewy nie przyniósł mi ukojenia. Dotąd szukałam sił w pięknie natury.

Spadła już chyba ostatnia kropla, przepełniła czarę goryczy...

Widok z sypialni mojej przyjacółki, podczas wizyty szary, chłodny, pozbawiony nadziei...

  • awatar nomadka: @barbarella: @b-angel: @kokonowa: @Louve: Dziękuję Wam. Powoli się zbieram, kryzys minął, choć pozostało to co było u jego korzeni... Dzisiaj świętuję :) - dzień pewnej osobistej rocznicy.
  • awatar barbarella: Mogę Cię jedynie wirtualnie przytulić..
  • awatar b-angel: tulę Cię mocno do serca...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Ciężkie od wilgoci chmury nisko przesuwają się po śląskim niebie. Pada deszcz. Temperatura zupełnie nie styczniowa, dzisiaj słupek rtęci pokazywał 14 stopni!
Od kilku dni miewam ogromnie dynamiczne sny. Budzę się zmęczona i pozbawiona energii. Brakuje mi mrozu, wiatru, śniegu, przestrzeni…

Zaledwie dwa dni temu, w niedzielny poranek, w kompletnej mgle, wędrowaliśmy szlakami jeszcze białego Beskidu Śląskiego. Łapczywie chłonęłam te chwile w drodze.





Przeszkoda na szlaku - frajda z pokonywania jej!



Gęsta, szara mgła otulająca schronisko, które było naszym celem, wywołała z głębin pamięci obraz sprzed lat; to samo miejsce, deszcz, mgła, wielogodzinna wędrówka, zakończona krążeniem wokół budynku bez świadomości jego istnienia tuż, tuż. Smuga światła z otwartych drzwi pozwoliła nam wtedy odnaleźć bezpieczną przestrzeń. Potem było już tylko dobrze, zupełnie obcy mi ludzie ratowali przemoczoną i wychłodzoną nastolatkę spirytusem z cytryną i miodem. Pyszny był ten środek ratunkowy…

Grzane wino z korzeniami nie smakowało tak wybornie jak tamta ambrozja sprzed lat. Inny czas... Ja - inna...








Uśmiechnięte chwile :





Orła cień... - tradycyjnie pozostawiłyśmy na śniegu:





Śniegowy burger pobudził soki trawienne, czas wracać...

  • awatar jamnick: Podoba mi się mi. Mam nadzieję, że to nie profanacja, ale podśpiewuję sobie czasem: "Widziałam ooooorłaaaaa w dzień."
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Moich dziadków nie znałam.
Żałuję.


Dzisiaj wieczorem świętuję z moimi kochanymi z N.S. w katowickim NOSPR. Już się cieszę na spotkanie i wspólne przeżywanie:

http://www.nospr.org.pl/pl/koncerty/253/nospr-antoni-wit
 

 
Tym razem to piękny Dzień Babci!

Nie znałam moich biologicznych babć. Jedna zmarła w wieku lat 37 /była już mamą dziwięciorga dzieci!/, druga bywała rzadko w naszym domu. Zapamiętałam ją jako bardzo spokojną, mocno wyciszoną osobę, o dużych zdolnościach manualnych: pieknie szyła i haftowała, miałam z nią niewiele styczności. Z perspektywy czasu czuję żal. Moją prawdziwą babcią, była cudowna JUlia, Juliszka, osoba, która zaopiekowała się moją osieroconą mamą. Kiedyś napiszę o jej historii życia przemielonej przez młyny dwudziestowiecznej historii. Nosiła futra prawdziwe, zimą dłonie jej chroniła mufką, a latem w chłodne wieczory, szyję otulał prawdziwy lis syberyjski... Juliszka, przez Węgrów zwana "Totoczką", uczyła mnie tańczyć czardasza i była moją najprawdziwszą Babcią. To o niej dzisiaj myślę.

Ostatni tydzień nie był tygodniem dobrych wiadomości... Moja przyjaciółka Ewa rozpoczyna kolejną już batalię z chorobą dręczącą jej męza. Rak wrócił...

Moje serce krzyczy! Dość.... Dość... Więcej nie potrafię przyjąć...
  • awatar nomadka: @Louve: @kokonowa: Napiszę za kilka dni, jak wrócę z wyjazdu.
  • awatar kokonowa: Nie mogę się doczekać histori o Juliuszcze :),z przyjemnością przeczytam :).Pozdrawiam Cię cieplutko droga nasza Nomadko
  • awatar Louve: kurcze, co się dzieje... wszędzie ten rak:/
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
18 stycznia, Światowy Dzień Kubusia Puchatka, na zawsze "uwięzionego" w Stumilowym Lesie, w cudownym czasie dzieciństwa...


Bohaterowie baśniowej opowieści mają już 90 lat! Za dekadę będą obchodzić stulecie . Dorosną?
  • awatar nomadka: @portrotterdam: Myślę podobnie, czas i jego "przepływ" przez każdego z nas ma swoje bezcenne znaczenie. Dojrzewamy! :)
  • awatar portrotterdam: Mijający czas też ma swoje zalety. Możemy wiele rzeczy nie tyle zrozumieć, co docenić, jak Kubusia i spojrzenie na świat innych stałych tymczasowych mieszkańców mieszkańców Stumilowego Lasu :)
  • awatar nomadka: @Parole: Tak Parole, mają to szczęście! Dla mnie to dobre przekonanie:).
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 


Dzisiaj, w Chacie na Groniu, śpiewałam głośno kolędy z żywieckimi góralami.

Tańczyłam też!
_________________________________________________________

Ta noc nie będzie bezsenna.
 

 
Dziś wielu z nas zasiada do stołów wigilijnych. Nocą w cerkwiach Ziemi Sądeckiej i Gorlickiej, Przemyskiej, usłyszymy radosną wieść o Bożym Narodzeniu. Niech dzisiejszy Święty Wieczór trwa cały rok. Niech miłość, która będzie towarzyszyć podczas dzielenia się prosforą przyczyni się do budowania lepszego świata!
 

 
„Najbardziej śnieżnym miastem w Polsce jest Wrocław – pokrywa białego puchu wynosi około 4 cm” – usłyszałam o poranku.

Uśmiechnęłam się.

Odwilż. U mnie także pada śnieg. Jest wilgotny, ciężki. Jednak cieszy. Łagodzi brzydotę, rozmywa szarość.

"Tombe la neige
Tu ne viendras pas ce soir
Tombe la neige
Et mon cœur s'habille de noir
Ce soyeux cortège
Tout en larmes blanches
L'oiseau sur la branche
Pleure le sortilège..."

Kiełkuje we mnie nostalgiczne wspomnienie; zwodniczy miraż czy prawda to?

Lubiłam tę swoją białą samotność na ryterskim odludziu. Dzisiaj nadszarpnięta została napięta struna tęsknoty:

- „ W sobotę byliśmy w Rytrze. Tarliśmy ziemniaki na placki i kluski. Szkoda, że nie było cię z nami. Było tak pięknie, jak…”-

Tak, pamiętam tamto piękno...
Szadź zaczarowała świat, on – …

Dzisiaj… nie, nie pamiętam już spojrzenia czarnych oczu… Wyparłam je, jak i treść tamtego czasu.

Klucze do samotni oddałam beż żalu…

Pada śnieg...
_________________________________________________________

Sara.
Wielką radość sprawiła mi bardzo oczekiwana wiadomość.
Maleńką dziewczynkę nazywałam Sarenką. Jej ciemne oczy przywodzą na myśl oczy płochego zwierzęcia. Są piękne. I dobre. Jak i serce mojej Sary, pełne miłości i współczucia. Ogarnęła nim Zuzię, dodawała otuchy także mnie, biegła na pomoc w pierwszych miesiącach lata minionego roku.
Trudne warunki drogowe wydłużyły im czas podróży. Dotarli do celu późno, bardzo późno.
_________________________________________________________

Paulina.
Jutro obchodzić będzie wigilię Bożego Narodzenia. Jest sama, ale nie jest smutna. Nie czuje się też dobrze, a mimo to wciąż myśli czy, - a jeśli tak - to jak, może pomóc innym. Bardzo ucieszył ją mój telefon. Przyznać muszę, że i mnie raduje każda rozmowa ze starszą panią. Paulina ma w sobie wielką siłę, ogromną pasję życia i mądrość. Dystans do świata i samej siebie pozwala jej przetrwać w dobrym zdrowiu psychicznym niełatwy czas samotnej starości. Od pewnego czasu uparcie chce obdarować mnie ogromnym telewizorem. Nie może pojąć, że nie odczuwam braku tego przedmiotu. Paulina traktuje programy telewizyjne, jak źródło wiedzy. „Wciąż się uczę…” – usłyszałam dzisiaj. Kiedyś popełniłam nietakt, mówiąc, że chciałabym mieć taką babcię jak ona...
Paulina ma młodą duszę i serce w którym panuje wiosna, pomimo dużych i trudnych doświadczeń, jakich życie wcale jej nie szczędziło.
_________________________________________________________

Basia.
Moja najmłodsza siostra wciąż zajęta, zapracowana, zabiegana. Liczna rodzina, przyjaciele, duża aktywność w sferach nie związanych z bezpośrednim życiem rodziny, od wczoraj czyta Antosiowi „Krzyżaków”. Antek, pochłaniacz książek w ilościach hurtowych, nie potrafił strawić opowieści Sienkiewicza. Uczciwie przyznał się do tego faktu i zaliczył pierwszą jedynkę...

- Wiesz, usiadłam przed kominkiem i zaczęłam mu czytać. Dopiero wtedy dostrzegł komizm zawarty w książce. Nie pozwolił przestać. Czytałam nieprzerwanie prawie do północy. Krzyś /to mąż Basi/ usiadł i słuchał. On także nie strawił tej pozycji w dzieciństwie. Zmęczony Antek wreszcie poszedł spać, a Krzyś, no właśnie, ten dorosły facet spędził resztę nocy na czytaniu zaległej lektury szkolnej!

Hmm, wpływ dzieci na rozwój intelektualny rodziców bywa nieobliczalny . Było to i moim udziałem…
 

 
Czekam. Telefon milczy.

Przegladam fotki z niedzielnego wędrowania. Są słabe, bo dobry sprzęt fotograficzny pokonała burza piaskowa, a bałkańska ulewa dokończyła dzieła zniszczenia... Te niedoskonałe kadry i tak zachowam .


Niedziela. Pomimo mroźnego poranka /-16 stopni/ zdecydowaliśmy się na wyprawę po nieznanym mi dotąd fragmencie Jury Krakowsko–Częstochowskiej. Wybraliśmy Grzędę Olkuską, rezerwat o nazwie Pazurek znajdujący się na obszarze Parku Krajobrazowego Orlich Gniazd.



Tuż za Olkuszem oczom naszym ukazał się masywny zamek Rabsztyn, o ciekawej historii i jeszcze ciekawszych legendach związanych z tym miejscem:
http://zamek-rabsztyn.pl/index.php/zamek/historia
http://zamek-rabsztyn.pl/index.php/zamek/legendy
http://zamek-rabsztyn.pl/index.php/zamek/ciekawostki



Rycerzy nie spotkałam, legendarna Dorotka z ukochanym Jankiem też pewnie uciekła przed trzaskającym mrozem…
Za to bolały mnie dłonie i paznokcie, gdy próbowałam robić zdjęcia ruinom. Wiatr i mroźne powietrze powodowały, że odczuwana temperatura była znacznie niższa od tej, którą pokazywały termometry. Mimo to zatrzymało mnie jeszcze okno w chacie Antoniego Kocjana, „człowieka, który wygrał wojnę”.



Zauważyłam na nim od dawna nie widziane kwiaty mrozem malowane . Nie mogłam oderwać oczu od doskonałego dzieła artysty.



Wróciło ciepłe wspomnienie chwil dobrych spędzonych w ryterskiej samotni, gdzie mróz zwykł malować jeszcze piękniejsze motywy.

Chata Kocjana - drewniany dom, w którym urodził się Antoni Kocjan (najbardziej zasłużony przedwojenny konstruktor szybowców, podczas okupacji kierujący wywiadem lotniczym AK), wybudowany w 1862 roku, o czym świadczy data wyryta na belce stropowej), został zrekonstruowany i postawiony nieopodal zamku.



Ogrzewanie w samochodzie ustawiłam w pozycji max… Próbowałam odmrozić dłonie… Podróż do celu była jednak zbyt krótka.

Rezerwat Pazurek, a na jego terenie skały wapienne sięgające 44 m n.p.m., schroniska skalne i jaskinie, intrygowały. Nie mogłam się doczekać spotkania z niezwykłą atrakcję jaką są tu potężne Zubowe Skały i Cisowa Skała tworząca ciasny wąwóz, a raczej wąwozy.

Wędrówka przez las odrealniała rzeczywistość. Złoto diamentowy pył unosił się w powietrzu, trzeszczące od mrozu drzewa, miękko uginające się pod stopami zamarznięte liście buków. Oszroniona jesień… Słowem - bajka.



Bardzo chciałam zatrzymać te chwile przesycone pięknem. Wewnątrz mnie sama nuciła się kolęda:

„Skrzypi wóz, wielki mróz
wielki mróz na ziemi.
Trzej królowie jadą
złoto, mirrę kładą.
Hej,kolęda,kolęda.„



Wędrówkę zakończyliśmy pysznym obiadem w Podzamczu rabsztyńskiego zamku. Warto było!
_________________________________________________________

Powrotowi towarzyszyło ogromne, czerwone, zachodzące już słońce. Smog gęstniał z każdą minutą...
 

 
Awaria ogrzewania. Tauron naprawia pompy od kilku już godzin. Moje ciało zaczyna odczuwać chłód..., wnętrze jest wciaż rozgrzane niespodziewaną wizytą.

Sara i Robert w drodze powrotnej do kraju, w którym zdecydowali się żyć, wpadli na kilka godzin. Dom ożył... Miałam wrażenie, że wróciła... bo przyszła na świat właśnie tutaj i tu też spędziła pierwsze miesiące życia...

Ogarnęło mnie wzruszenie, gdy stalowe drzwi windy gwałtownie i zdecydowanie, odcięły mnie od jej obecności. Bardzo kocham to, chociaż po części moje, dziecko...

Stałam w oknie jeszcze przez długi czas, patrząc na puste już miejsce na parkingu. Z napięciem czekać będę na wiadomości. I tęsknić za kolejnym spotkaniem.

Zuzia, jak zawsze, w samą porę zaproponowała wyjazd na zakupy...
 

 
Poranny komunikat: - W Katowicach słupek rtęci pokazuje 16 stopni poniżej zera... Dzień będzie raczej słoneczny...

Plecak spakowany. Tylko wrzątkiem napełnić trzeba termos z herbatą.

I wyruszyć...
 

 
W sylwestrową noc, martwe zwykle osiedle wielkiej aglomeracji, gwałtownie ożyło. Nad rozedrganym horyzontem, raz po raz, rozbłyskały barwne pióropusze kolorowych świateł. Ognie sztuczne w jakiś dziwny sposób podkreślały sztuczność całej tej chwili. Wszak tak naprawdę nic się nie rozpoczynało, ani też nie kończyło. Ulotny, płynny czas mijał, tak jak dotąd. Głośne kanonady pozbawiły mnie cennych godzin odpoczynku, a wczesnym rankiem planowałam wyjść w góry.



noc wystrzałowa



Tylko że, „wyjść w góry”, oznacza tu przynajmniej kilkugodzinną podróż do celu.

Pierwszy styczniowy poranek nowego kalendarzowego roku wstawał szarością wypełniony, osnuty smogiem i zapachem nocnych fajerwerków, a ja? Z wielkim trudem otworzyłam oczy i opuściłam cieplutką pościel… Plecak już czekał, a w nim niezbędnik mój górski napełniony z naleweczką…



wyruszyliśmy




Postanowiliśmy spędzić pierwszy dzień roku na beskidzkim szlaku.

Kilkustopniowy zaledwie mróz /minus 10 ?/ wdzierał się w nozdrza, powodując ból śluzówki i zatok. Tak szybko odwykłam od trudniejszych warunków, tak łatwo organizm zapominał. Ostre, rześkie powietrze przywołało tamte chwile, gdy twarz zamieniona w lodową maskę już nie piekła, oczy chroniły ciemne bardzo okulary, a emocje odcinały od fizycznych niewygód…

Ech, było…

A teraz? Teraz jest spacer po beskidzkich drogach będący już wysiłkiem… Kondycja odeszła, kolano boli. Kolano – ten symbol braku rozwagi - przywołuje ekscytujące minione chwile.

Powoli pokonując kolejne metry opuszczałam strefę smogu. Dzień też wolno zamieniał się w słoneczny, lekki mróz nadal trzymał. W dole, raz po raz, ktoś odpalał pozostałe po sylwestrowych szaleństwach petardy…

Celem wędrówki był Klimczok, postanowiliśmy pójść niedawno wytyczoną Beskidzką Drogą Jakubową, włączoną w jeden z z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, nieprzerwanie istniejący od ponad 1000 lat, a który przetrwał do dnia dzisiejszego. Szlak ten przebiega przez niemal całą Europę i kończy się w katedrze w Santiago de Compostella.



Zmagam się z tą drogą do przebycia. Jakiś nieznany jeszcze jej fragment mam do odkrycia. Pamiętam, że życie jest drogą, a droga – życiem. Idę więc... Wędruję kamienistą górską ścieżką, eksponowaną mniej lub bardziej, innym razem szeroką piaszczystą drogą, po której poruszanie się wcale nie należy do łatwych… Niekiedy zdarza mi się przemieszczać asfaltową szosą, takich chwil nie lubię… Mijają mnie wtedy rozpędzone pojazdy prowadzone przez pewnych celu i zmierzających doń ekspresowo …

Niekiedy idę tą swoją drogą bez większych trudności, częściej jednak wędruję wśród kłopotów i przeszkód, trudności i problemów, powątpień i upadków. Zdarza się też, że idę prostą drogą, lecz częściej zatrzymuję się, zbaczam i szukam… Zawsze jednak idę SWOJĄ DROGĄ, różną od wielu innych dróg. Dotyka mnie spiekota, zimno, pragnienie, czasem spełnienie, przenika radość i zwykle towarzyszy nadzieja…

Kiedy opadam z sił Walter Raleghem, poeta i podróżnik, wędrowiec, pielgrzym, motywuje mnie, podpowiada słowa modlitwy, więc wraz z nim proszę:

„Daj mi pątniczą szatę ciszy
I kostur wiary, by mnie wspierał,
Sakwę radości, chleb wieczysty,
Bym w drodze głodem nie przymierał,
Bukłak zbawienia; teraz mogę
Ruszyć w pątniczą moją drogę…”


Idę dalej…



Mój stół noworoczny



Droga syci oczy jej własnym pięknem tu powyżej smogu widoczny szczyt Babiej Góry, delikatnie przebijają się też tatrzańskie szczyty, Pilsko i Skrzyczne z trasami pokrytymi sztucznym śniegiem...







I wszystko jasne:

 

 


Znalazłam tę fotkę gdzieś w przepastnym internetowym świecie i pomyślałam, że zawiera to co chciałabym tu zostawić: życzenie, by żaden z 365 dni, które są przed nami nie był nijaki, pusty, przeżyty bez treści!

Kolorowego roku!
  • awatar nomadka: @B-angel: Dziękuję pięknie! Oby taki właśnie był! I Tobie życzę by tętnił zyciem i radością, nie nużył i był jak ekscytująca droga, pełna niespodzinek, intrygujących zaskoczeń, fascynacji. Zyczę Ci był także zwyczjanie DOBRY!!!.
  • awatar B-angel: ...zdrowego, radosnego, bardziej uśmiechniętego niż smutnego, pełnego "życia", bliskości dobrych ludzi, czułości niespodziewanych i miłości bliskich... dosiego roku :)
  • awatar Louve: Wzajemnie!:-)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Wchłonie go bezdenne morze wieczności. 2015 przemija bezpowrotnie... Jeszcze tylko godzina i trzydzieści minut pozostały by celebrować to co już mininone .

Jaki był?

Dawniej pewnie napisałabym, że bogaty we wrażenia. Teraz napiszę; trudny, jak wiele poprzedzających go lat.
Zaskakiwał wiadomościami, które łamały serce i odbierały odwagę…

Przyniósł też wiele dobra. Wspaniały personel gliwickiej onkologii, udana operacja, to mała cząstka tego, co stało się naszym udziałem.

Zdarzyły się piękne Kaszuby na wiosnę i cudowny lipcowy czas w bieszczadzkiej głuszy, na końcu świata prawie. Ludzie o ogromnych sercach pomagali nam zbierać siły, regenerować nadszarpnięte napięciami nerwy. Zuza dosiadła wierzchowca po wieloletniej przerwie, bo najprawdziwszy kowboj i jego panna w sukni niebieskiej powiedzieli – a ona uwierzyła – że jazdy na rowerze i wierzchem nigdy nie zapomina się! Pojechała więc na Wigorze w las… z wigorem . Moje serce wypełnił lęk i radość zarazem. Od operacji minęły wtedy zaledwie 3 tygodnie… Był to też czas penetracji dzikich zakątków solińskiego zalewu. Łódka, wiosła, lekki deszcz, ogniska w dziczy…. Snuły się opowieści o świecie, który cywilizacja spycha na coraz to mniejszy margines. W kiedyś zapomnianej Łopiance odnajdywałam zagubione… Bard grał na gitarze, tylko dla nas… Śpiewałam z nim... Pani Tosia w Krywem nad Sanem częstowała, w upalny lipcowy dzień, kawą i pachnącym drożdżowym ciastem ze śliwkami. Nie wiedziałam, że już nigdy nie powtórzy się ten czas. Kilka tygodni później prasa doniosła smutną wiadomość… Pani Tosia była uczulona na jad osy…

Piękna jesień wywiodła nas na górskie szlaki, cieszyła oczy i radowała duszę urodą chwil. Były Pieniny, Beskidy, na Tatry zabrakło już czasu.

Wiele trudnych spraw nie udało się rozwikłać. Trwają…

Przede mną nowy rok, co przyniesie?

Jest tajemniczym prezentem, jak już wiem, pełnym niespodzianek…